poniedziałek, 1 kwietnia 2013
sobota, 2 marca 2013
Niemożliwe
Najnowsze dzieło twórcy "Sierocińca" to film obok którego nie można przejść obojętnie... Tym razem żeby w pełni móc ubrać w słowa przemyślenia po dwukrotnym obejrzeniu tego filmu przeze mnie będę musiał dość mocno spojlerować, dlatego raczej nie polecam czytania dalszej części tekstu przez osoby, który nie widziały jeszcze filmu "Niemożliwe". Zamożna rodzina Brytyjczyków, mieszkająca w Japonii wylatuje na wymarzone wakacje do Tajlandii. Wszystko jest jak z bajki do czasu kiedy niespodziewanie ląd zalewa ogromna fala tsunami... Cztery elementy sprawiły, że o tym filmie mogę powiedzieć - naprawdę dobre kino. Pierwszy z nich to zapierające dech w piersi efekty specjalne. Nie są bezmyślnie stosowane i pretensjonalne tak jak to ma obecnie bardzo często miejsce. Określiłbym je raczej mianem "Nolanowskich efektów specjalnych", czyli efekty specjalne stosujemy tylko wtedy kiedy niemożliwe jest zrealizowanie zdjęć w naturalny sposób. Ponadto w "Niemożliwe", podobnie jak w filmach Nolana najbardziej skomplikowane efekty specjalne wmontowane są w scenografie zbudowane w rzeczywistości. Taki zabieg jest niewątpliwie bardzo kosztowny, ale jego efekty są zachwycające i mniej rzucające się w oczy. Kolejną kwestią godną zauważenia jest styl reżyserski. Kunszt Juana Antonio Bayona. Widać go zwłaszcza przez pierwszą godzinę filmu, kiedy nie szczędzi widzowi szczegółów, krok po kroku pokazując rozwój wydarzeń. Zdecydowana większość scen wygląda bardzo wiarygodnie. Następny aspekt to zdjęcia. Wydaje mi się, że sztuką jest zrealizowanie zdjęć kolorowych, ciepłych, pięknych, a jednocześnie tak doskonale oddających ogrom tej tragedii i emocji z nimi związanych. No i na koniec ogromne, pozytywne zaskoczenie - Tom Holland. Ten zaledwie szesnastoletni chłopak zagrał w mojej ocenie doskonale. Często aktorzy dziecięcy bezmyślnie naśladują to co kazał im zrobić chwilę wcześniej reżyser. Przykłady można mnożyć, ale z drugiej strony ciężko się temu dziwić. Nawet Danny z jednego z największych dzieł kinematografii wszech czasów "Lśnienia" nie miał pojęcia, że gra w horrorze, wykonywał po prostu polecenia Kubricka. Tom Holland grał bardzo przekonywająco, w jego oczach widziałem ból, zwątpienie, bezradność, szczęście. Świetna reżyseria połączona z talentem aktorskim daje zachwycające rezultaty. Naomi Watts i Ewan McGregor zagrali na miarę swoich możliwości, są dobry aktorami, więc dobrze zagrali. Ale moim skromnym zdaniem ten szesnastolatek ich przerósł, oczywiście jak na swój wiek.
Na koniec moje zdanie o końcówce filmu. Ostrzegałem, że będą spojlery. Pierwsze 50% filmu było według mnie bliskie perfekcji, kolejne 40% było dobre, a ostatnie 10% kompletnie niepotrzebne. Ale zostawmy te procenty, o co mi chodzi? Kiedy Maria pod koniec filmu, po niezwykle efektownej i bardzo artystycznej sekwencji topienia się wynurza się z wody reżyser powinien zrobić cięcie i umieścić napisy końcowe. Dlaczego? Końcówka byłaby autentycznie poruszająca, niedopowiedziana niczym ostatnia scena w "Incepcji", ale zamiast tego mamy kompletnie zbędną scenę z ubezpieczycielem i samolotem, która nie służy kompletnie niczemu poza katharsis najniższych lotów dla populistycznego widza. Dlaczego więc ta scena znalazła się w filmie? Jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. Film w dzisiejszych czasach to nie tylko sztuka, ale inwestycja - musi się zwrócić, a najlepiej zarobić na siebie. Dzisiejszy, przeciętny widz kinowy szuka w filmie prostych przekazów, dobrych wiadomości. Niekoniecznie świadomie. Ma dość problemów w rzeczywistym świecie. Nie lubi niedopowiedzeń. Stąd ukłon w stronę takiego widza i jednocześnie w stronę większych pieniędzy. Zależność jest prosta - film mi się spodobał to go polecam wszystkim na około, czegoś mi brakowało - już nie jestem taki szczodry w komplementach. Mam nadzieję, że gdybym miał okazję spotkać się sam na sam z reżyserem potwierdziłby moją hipotezę, że chciał postawić kropkę po sekwencji wynurzania, podczas usypiania Marii przed operacją. Ale ta ostatnia scena nie może przesądzić o końcowej ocenie tego filmu przeze mnie. Film jest naprawdę dobry. Wzrusza, skłania do refleksji, a przy okazji wykorzystuje wszystkie atuty współczesnego kina - efekty specjalne, zdjęcia, montaż, grę aktorską i muzykę.
Na koniec moje zdanie o końcówce filmu. Ostrzegałem, że będą spojlery. Pierwsze 50% filmu było według mnie bliskie perfekcji, kolejne 40% było dobre, a ostatnie 10% kompletnie niepotrzebne. Ale zostawmy te procenty, o co mi chodzi? Kiedy Maria pod koniec filmu, po niezwykle efektownej i bardzo artystycznej sekwencji topienia się wynurza się z wody reżyser powinien zrobić cięcie i umieścić napisy końcowe. Dlaczego? Końcówka byłaby autentycznie poruszająca, niedopowiedziana niczym ostatnia scena w "Incepcji", ale zamiast tego mamy kompletnie zbędną scenę z ubezpieczycielem i samolotem, która nie służy kompletnie niczemu poza katharsis najniższych lotów dla populistycznego widza. Dlaczego więc ta scena znalazła się w filmie? Jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. Film w dzisiejszych czasach to nie tylko sztuka, ale inwestycja - musi się zwrócić, a najlepiej zarobić na siebie. Dzisiejszy, przeciętny widz kinowy szuka w filmie prostych przekazów, dobrych wiadomości. Niekoniecznie świadomie. Ma dość problemów w rzeczywistym świecie. Nie lubi niedopowiedzeń. Stąd ukłon w stronę takiego widza i jednocześnie w stronę większych pieniędzy. Zależność jest prosta - film mi się spodobał to go polecam wszystkim na około, czegoś mi brakowało - już nie jestem taki szczodry w komplementach. Mam nadzieję, że gdybym miał okazję spotkać się sam na sam z reżyserem potwierdziłby moją hipotezę, że chciał postawić kropkę po sekwencji wynurzania, podczas usypiania Marii przed operacją. Ale ta ostatnia scena nie może przesądzić o końcowej ocenie tego filmu przeze mnie. Film jest naprawdę dobry. Wzrusza, skłania do refleksji, a przy okazji wykorzystuje wszystkie atuty współczesnego kina - efekty specjalne, zdjęcia, montaż, grę aktorską i muzykę.
czwartek, 21 lutego 2013
niedziela, 17 lutego 2013
niedziela, 10 lutego 2013
Nie rozumiem wielkiej miłości
Najnowszy film Barbary Białowąs "Big Love" wzbudza w oglądających skrajne odczucia. Widać to po recenzjach tego filmu, opiniach ludzi z którymi rozmawiałem na jego temat, albo chociażby po wielkiej rozbieżności ocen "Big Love" na Filmwebie. Ja należę do grupy osób zawiedzionych tym filmem, kompletnie nie zrozumiałem założeń reżyserki. Mamy historię gorącej miłości nastoletniej Emilii i starszego od niej Macieja rozgrywającą się przez kilka lat. Wszystko jest pięknie, ale na samym początku filmu dowiadujemy się, że ukochany zamordował swą ukochaną. Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy to - pewnie ten film wyjaśni co się stało, że on ją zabił. No niestety, obejrzałem film do końca i nie dowiedziałem się co było powodem tego, że on ją zastrzelił. Spytacie pewnie - to w takim razie o czym jest ten film. Nie wiem, wygląda trochę jak półtorej godzinny teledysk. Filmów o miłości powstało naprawdę sporo, więc Białowąs postanowiła zrobić coś innego, coś możliwie dziwnego. Nie wiem jaki cel chciała osiągnąć środkami, które wykorzystała w filmie, ale chyba tego celu nie udało się jej osiągnąć, skoro ja nawet nie zrozumiałem tego filmu, a co dopiero mówić o docenianiu być może jakiś ukrytych przekazów, czy czegokolwiek innego. Oprócz samej historii, która jest maksymalnie niedorzeczna i oderwana od rzeczywistości najbardziej denerwuje montaż, który ewidentnie miał być perełką tego filmu, jego artystycznym walorem. Niestety nie udało się. Akcja filmu skacze nieprzyjemnie, raz do przodu, raz do tyłu, a potem do środka i tak cały czas, w międzyczasie wplecione są piosenki śpiewane przez główną bohaterkę. Brzmi dziwnie? Jeszcze dziwnie wygląda. Oczywiście szanuję opinię wszystkich tych osób, którym film się spodobał. Mam tylko nadzieję, że ta opinia była spowodowana faktycznymi odczuciami po obejrzeniu filmu, a nie chęcią pokazania światu, że lubi się filmy, których połowa widzów nie rozumie. Do tych którym film się podobał i go zrozumieli kieruję pytanie: jaki cel miała w filmie postać psychologa grana przez Roberta Gonerę i prokuratora granego przez Adama Ferencego? Na koniec dodam tylko, że plusem filmu były odważne sceny erotyczne. Reżyserka nie żałowała ani ich długości, ani ilości nagości. Ale marne to pocieszenie, że to jedyny plus filmu...
sobota, 9 lutego 2013
Idy marcowe
Mieszanka świetnie napisanego scenariusza z doskonałą grą aktorską daje naprawdę niesamowite efekty. "Idy marcowe" to opowieść o bezwzględnym świecie polityki, w której nie ma miejsca na błędy, ani na jakiekolwiek skrupuły. Liczy się tylko osiągnięcie zamierzonego celu. Naprawdę nieczęsto zdarza mi się oglądać filmy takie jak "Idy marcowe", w zasadzie nie mogę napisać złego słowa o tym filmie. Odniosłem wrażenie, że nie przerysowuje on rzeczywistości nawet na minimetr. W roli głównej świetny Ryan Gosling, który po raz kolejny udowadnia jak wielkim jest artystą. Tylko tak mogę nazwać aktora, którego widziałem w wielu różnych filmach, a za każdym razem patrzyłem na niego nie jak na aktora, ale jak na postać którą gra. To moim zdaniem jest jedynym z wyznaczników wielkości aktora jako artysty. U boku Goslinga zobaczyć możemy Georgea Clooneya, który jest także reżyserem i współscenarzystą tego filmu. Zarówno jako aktor, jaki i reżyser, a także współscenarzysta wykonał moim zdaniem swoją pracę w szkolnej skali na piątkę z plusem. Zdjęcia, montaż i muzyka raczej nie zwracają na siebie uwagi, w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego sformowania. Mam na myśli to, że zdecydowanie pomagają one akcji filmu, prowadzą ją doskonale do przodu, nie odwracając uwagi widza. Film oglądałem dwukrotnie, dlatego za drugim razem mogłem dokładniej przyjrzeć się zdjęciom, montażowi i muzyce. Odkryłem wtedy, że w swej prostocie każdy z tych elementów jest naprawdę piękny.Tradycyjnie już - nie chcę zdradzać szczegółów fabuły filmu. Wspomnę tylko, że akcja filmu rozgrywa się wokół kampanii wyborczej kandydata Partii Demokratycznej na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Podsumowując: gorąco polecam obejrzenie tego filmu wszystkim ciekawym kuchni wielkiej polityki i wszystkim wielbicielom dobrego kina.
piątek, 1 lutego 2013
"Śmierć prezydenta" i "Anatomia upadku"
W ostatnich dniach zrobiło się bardzo głośno na temat dwóch filmów dokumentalnych: "Katastrofa w przestworzach: Śmierć prezydenta" i "Anatomia upadku". Obydwa filmy dotyczą katastrofy prezydenckiego Tu-154 w Smoleńsku, ale filmy te bardzo różnią się od siebie. Pierwszy z nich to produkcja amerykańskiej telewizji National Geographic, a drugi to polski film autorstwa Anity Gargas. Ale nie kraj produkcji jest tutaj najistotniejszą różnicą, filmy mają zupełnie inną wymowę. Pierwszy z nich opiera się na wnioskach wysnutych przez rządową komisję Jerzego Millera oraz przez rosyjską komisję MAK, jednoznacznie odrzucających teorie o wybuchu i zamachu. Drugi natomiast oparty jest głównie na teoriach zespołu Antoniego Macierewicza, a także na własnym śledztwie dziennikarskim. Wczoraj obejrzałem obydwa filmy. "Katastrofa w przestworzach: Śmierć prezydenta" to film o zdecydowanie większym budżecie, niż jego polski odpowiednik. Dużą część filmu wypełniają aktorskie rekonstrukcje wydarzeń zarówno na pokładzie samolotu, jak i wewnątrz wieży kontroli lotów w Smoleńsku, a także bardzo starannie wykonane trójwymiarowe symulacje lotu. W tym filmie wypowiadają się zarówno polscy jak i rosyjscy eksperci oraz dziennikarze, a także członkowie oficjalnych komisji. Film w mojej ocenie został zrealizowany bardzo rzetelnie, w oparciu o oficjalne śledztwa, a także zeznania świadków wydarzenia. Jedyny minusem filmu jest końcowe stwierdzenie, że rządy i komisje polskie i rosyjskie współpracowały bardzo zażyle i po przyjacielsku. Natomiast "Anatomia upadku" to film całkowicie inny... Już od pierwszej minuty widać jaki charakter będzie miał ten film. Reżyserka nawet nie próbuje sprawiać pozorów obiektywności, film od początku do końca próbuje udowodnić, że zamach to najbardziej prawdopodobna wersja wydarzeń, ponadto rząd polski nie zrobił dostatecznie wiele, alby śledztwo zostało przeprowadzono możliwie rzetelnie, a wręcz możliwe, że za zamachem stoją władze Federacji Rosyjskiej w porozumieniu z premierem Donaldem Tuskiem i jego rządem. W filmie znajduje się wiele wypowiedzi osób związanych z Prawem i Sprawiedliwością, a także z prawicowymi mediami takimi jak "Gazeta Polska", na czele z Antonim Macierewiczem, a także prof. Kazimierzem Nowaczykiem. Prawda jest taka, że ani ja, ani nikt ze znajomych mi osób nie jest ekspertem do spraw lotnictwa, czy katastrof lotniczych, a nawet gdyby był to nie miałby dostępu do wszystkich tych informacji w których posiadaniu byli członkowie dwóch oficjalnych komisji do spraw tej katastrofy, więc ani ja, ani nikt mi znajomy nie jest w stanie powiedzieć ze stuprocentową pewnością jak naprawdę wyglądały te tragiczne w skutkach wydarzenia. Wydaje mi się jednak, że wiara w teorie dotyczące wybuchu, czy zamachu które kategorycznie odrzuciły obydwie oficjalne komisje eksperckie jest łagodnie mówiąc niepoważna. Ja obejrzałem obydwa filmy, jednak zdecydowanie bardziej polecam "Katastrofa w przestworzach: Śmierć prezydenta". Film ten wydaje się być znacznie bardziej racjonalny i obiektywny, a także zrealizowany ciekawiej i z większym rozmachem, niż "Anatomia upadku", która z kolei przypomina bardziej transmisję telewizji Trwam, albo audycję Radia Maryja.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




