czwartek, 21 lutego 2013
niedziela, 17 lutego 2013
niedziela, 10 lutego 2013
Nie rozumiem wielkiej miłości
Najnowszy film Barbary Białowąs "Big Love" wzbudza w oglądających skrajne odczucia. Widać to po recenzjach tego filmu, opiniach ludzi z którymi rozmawiałem na jego temat, albo chociażby po wielkiej rozbieżności ocen "Big Love" na Filmwebie. Ja należę do grupy osób zawiedzionych tym filmem, kompletnie nie zrozumiałem założeń reżyserki. Mamy historię gorącej miłości nastoletniej Emilii i starszego od niej Macieja rozgrywającą się przez kilka lat. Wszystko jest pięknie, ale na samym początku filmu dowiadujemy się, że ukochany zamordował swą ukochaną. Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy to - pewnie ten film wyjaśni co się stało, że on ją zabił. No niestety, obejrzałem film do końca i nie dowiedziałem się co było powodem tego, że on ją zastrzelił. Spytacie pewnie - to w takim razie o czym jest ten film. Nie wiem, wygląda trochę jak półtorej godzinny teledysk. Filmów o miłości powstało naprawdę sporo, więc Białowąs postanowiła zrobić coś innego, coś możliwie dziwnego. Nie wiem jaki cel chciała osiągnąć środkami, które wykorzystała w filmie, ale chyba tego celu nie udało się jej osiągnąć, skoro ja nawet nie zrozumiałem tego filmu, a co dopiero mówić o docenianiu być może jakiś ukrytych przekazów, czy czegokolwiek innego. Oprócz samej historii, która jest maksymalnie niedorzeczna i oderwana od rzeczywistości najbardziej denerwuje montaż, który ewidentnie miał być perełką tego filmu, jego artystycznym walorem. Niestety nie udało się. Akcja filmu skacze nieprzyjemnie, raz do przodu, raz do tyłu, a potem do środka i tak cały czas, w międzyczasie wplecione są piosenki śpiewane przez główną bohaterkę. Brzmi dziwnie? Jeszcze dziwnie wygląda. Oczywiście szanuję opinię wszystkich tych osób, którym film się spodobał. Mam tylko nadzieję, że ta opinia była spowodowana faktycznymi odczuciami po obejrzeniu filmu, a nie chęcią pokazania światu, że lubi się filmy, których połowa widzów nie rozumie. Do tych którym film się podobał i go zrozumieli kieruję pytanie: jaki cel miała w filmie postać psychologa grana przez Roberta Gonerę i prokuratora granego przez Adama Ferencego? Na koniec dodam tylko, że plusem filmu były odważne sceny erotyczne. Reżyserka nie żałowała ani ich długości, ani ilości nagości. Ale marne to pocieszenie, że to jedyny plus filmu...
sobota, 9 lutego 2013
Idy marcowe
Mieszanka świetnie napisanego scenariusza z doskonałą grą aktorską daje naprawdę niesamowite efekty. "Idy marcowe" to opowieść o bezwzględnym świecie polityki, w której nie ma miejsca na błędy, ani na jakiekolwiek skrupuły. Liczy się tylko osiągnięcie zamierzonego celu. Naprawdę nieczęsto zdarza mi się oglądać filmy takie jak "Idy marcowe", w zasadzie nie mogę napisać złego słowa o tym filmie. Odniosłem wrażenie, że nie przerysowuje on rzeczywistości nawet na minimetr. W roli głównej świetny Ryan Gosling, który po raz kolejny udowadnia jak wielkim jest artystą. Tylko tak mogę nazwać aktora, którego widziałem w wielu różnych filmach, a za każdym razem patrzyłem na niego nie jak na aktora, ale jak na postać którą gra. To moim zdaniem jest jedynym z wyznaczników wielkości aktora jako artysty. U boku Goslinga zobaczyć możemy Georgea Clooneya, który jest także reżyserem i współscenarzystą tego filmu. Zarówno jako aktor, jaki i reżyser, a także współscenarzysta wykonał moim zdaniem swoją pracę w szkolnej skali na piątkę z plusem. Zdjęcia, montaż i muzyka raczej nie zwracają na siebie uwagi, w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego sformowania. Mam na myśli to, że zdecydowanie pomagają one akcji filmu, prowadzą ją doskonale do przodu, nie odwracając uwagi widza. Film oglądałem dwukrotnie, dlatego za drugim razem mogłem dokładniej przyjrzeć się zdjęciom, montażowi i muzyce. Odkryłem wtedy, że w swej prostocie każdy z tych elementów jest naprawdę piękny.Tradycyjnie już - nie chcę zdradzać szczegółów fabuły filmu. Wspomnę tylko, że akcja filmu rozgrywa się wokół kampanii wyborczej kandydata Partii Demokratycznej na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Podsumowując: gorąco polecam obejrzenie tego filmu wszystkim ciekawym kuchni wielkiej polityki i wszystkim wielbicielom dobrego kina.
piątek, 1 lutego 2013
"Śmierć prezydenta" i "Anatomia upadku"
W ostatnich dniach zrobiło się bardzo głośno na temat dwóch filmów dokumentalnych: "Katastrofa w przestworzach: Śmierć prezydenta" i "Anatomia upadku". Obydwa filmy dotyczą katastrofy prezydenckiego Tu-154 w Smoleńsku, ale filmy te bardzo różnią się od siebie. Pierwszy z nich to produkcja amerykańskiej telewizji National Geographic, a drugi to polski film autorstwa Anity Gargas. Ale nie kraj produkcji jest tutaj najistotniejszą różnicą, filmy mają zupełnie inną wymowę. Pierwszy z nich opiera się na wnioskach wysnutych przez rządową komisję Jerzego Millera oraz przez rosyjską komisję MAK, jednoznacznie odrzucających teorie o wybuchu i zamachu. Drugi natomiast oparty jest głównie na teoriach zespołu Antoniego Macierewicza, a także na własnym śledztwie dziennikarskim. Wczoraj obejrzałem obydwa filmy. "Katastrofa w przestworzach: Śmierć prezydenta" to film o zdecydowanie większym budżecie, niż jego polski odpowiednik. Dużą część filmu wypełniają aktorskie rekonstrukcje wydarzeń zarówno na pokładzie samolotu, jak i wewnątrz wieży kontroli lotów w Smoleńsku, a także bardzo starannie wykonane trójwymiarowe symulacje lotu. W tym filmie wypowiadają się zarówno polscy jak i rosyjscy eksperci oraz dziennikarze, a także członkowie oficjalnych komisji. Film w mojej ocenie został zrealizowany bardzo rzetelnie, w oparciu o oficjalne śledztwa, a także zeznania świadków wydarzenia. Jedyny minusem filmu jest końcowe stwierdzenie, że rządy i komisje polskie i rosyjskie współpracowały bardzo zażyle i po przyjacielsku. Natomiast "Anatomia upadku" to film całkowicie inny... Już od pierwszej minuty widać jaki charakter będzie miał ten film. Reżyserka nawet nie próbuje sprawiać pozorów obiektywności, film od początku do końca próbuje udowodnić, że zamach to najbardziej prawdopodobna wersja wydarzeń, ponadto rząd polski nie zrobił dostatecznie wiele, alby śledztwo zostało przeprowadzono możliwie rzetelnie, a wręcz możliwe, że za zamachem stoją władze Federacji Rosyjskiej w porozumieniu z premierem Donaldem Tuskiem i jego rządem. W filmie znajduje się wiele wypowiedzi osób związanych z Prawem i Sprawiedliwością, a także z prawicowymi mediami takimi jak "Gazeta Polska", na czele z Antonim Macierewiczem, a także prof. Kazimierzem Nowaczykiem. Prawda jest taka, że ani ja, ani nikt ze znajomych mi osób nie jest ekspertem do spraw lotnictwa, czy katastrof lotniczych, a nawet gdyby był to nie miałby dostępu do wszystkich tych informacji w których posiadaniu byli członkowie dwóch oficjalnych komisji do spraw tej katastrofy, więc ani ja, ani nikt mi znajomy nie jest w stanie powiedzieć ze stuprocentową pewnością jak naprawdę wyglądały te tragiczne w skutkach wydarzenia. Wydaje mi się jednak, że wiara w teorie dotyczące wybuchu, czy zamachu które kategorycznie odrzuciły obydwie oficjalne komisje eksperckie jest łagodnie mówiąc niepoważna. Ja obejrzałem obydwa filmy, jednak zdecydowanie bardziej polecam "Katastrofa w przestworzach: Śmierć prezydenta". Film ten wydaje się być znacznie bardziej racjonalny i obiektywny, a także zrealizowany ciekawiej i z większym rozmachem, niż "Anatomia upadku", która z kolei przypomina bardziej transmisję telewizji Trwam, albo audycję Radia Maryja.
czwartek, 31 stycznia 2013
Rozmowa
W 2008 roku, kiedy miałem osiemnaście lat postanowiłem, że nakręcę film o bezdomnych. Dlaczego? Z ciekawości. Co stało się z życiem tych ludzi, że kończyli z niczym? Temat trudny, zwłaszcza dla osiemnastolatka. Postanowiłem więc poprosić o pomoc mojego wujka Zbyszka, który jest strażnikiem miejskim i po pierwsze z racji wykonywanego zawodu lepiej zna to środowisko, a po drugie jest po prostu bardziej doświadczony życiowo ode mnie. Wydawał się idealną osobą do rozmowy z bezdomnymi, na szczęście pomysł mu się spodobał i obiecał mi swoją pomoc. Pożyczyłem kamerę i mikrofon z pracowni filmowej Pałacu Młodzieży w Bydgoszczy i ruszyliśmy kręcić zdjęcia. Najpierw odwiedziliśmy jedną z melin, gdzie często urzędują ludzi bezdomni. Udało mi się sporo sfilmować, a także nagrać krótką rozmowę z jednym z obecnych tam bezdomnych. Później pojechaliśmy na dworzec PKP w Bydgoszczy, ale mimo poszukiwań nie znaleźliśmy nikogo. Na końcu udaliśmy się na bydgoską wyspę młyńską, gdzie spotkaliśmy mojego imiennika, który ostatecznie został bohaterem filmu. Pięć lat zajęło mi zmontowanie materiałów, które wtedy nagrałem. Sam nie wiem czemu. Czułem, że to jeszcze nie odpowiedni na to czas. Po dwóch latach od naszej rozmowy okazało się, że Sławek zginął. Nie wiadomo dokładnie jak. Prawdopodobnie zamarzł. Minęły kolejne lata i dopiero dziś postanowiłem zmontować i upublicznić tą rozmowę, która pierwotnie miała trafić na antenę TVP Bydgoszcz. Nie chcę tu pisać o tym o czym mówił Sławek mojemu wujkowi i mi. To co mówił każdy może usłyszeć zinterpretować, ocenić, albo zignorować. To co mnie przeraża w tym filmie to niesamowita moc kamery filmowej. Sławek miał żonę, miał dzieci, miał mamę, ale nie utrzymywał z nimi kontaktu. Z jednymi z nich nie mógł, z innymi po prostu nie chciał. Niezależnie od tego przez wiele lat nie rozmawiał z nimi. Nie mieli oni kompletnie pojęcia o tym co się z nim dzieje, czy w ogóle żyje. A mi na dwa lata przed jego śmiercią udało się zarejestrować jego refleksje, jego wspomnienia. Byłem o nie bogatszy bardziej niż jego teoretycznie najbliżsi. Brzmi strasznie patetycznie? Wiem, ale chwytając za kamerę trzeba mieć świadomość, że rejestruje się rzeczywistość, która chwilę później staje się bezpowrotnie nieodwracalną przeszłością.
Film można obejrzeć tutaj: https://vimeo.com/58641034
czwartek, 24 stycznia 2013
Subskrybuj:
Posty (Atom)




