Najnowszy film Szumowskiej "W imię" przenosi nas w sam środek typowej wsi popegeerowskiej. Jest to tło do opowiedzenia historii katolickiego księdza ze skłonnościami homoseksualnymi. No właśnie, tyle można wywnioskować już ze zwiastunów i plakatów, reklamujących ten film. Jest to jedna z tych produkcji, w których z góry zna się przynajmniej lakoniczny zarys fabuły. Postaram się więc odpowiedzieć na pytanie czy mimo tego warto wybrać się na "W imię" do kina. Przeczytałem wiele negatywnych opinii na temat tego filmu, gdzie główny zarzut to zmarnowanie potencjału, który dawał poruszony przez Szumowską temat. Ale czy tak jest na pewno? Moim zdaniem nie. Wydaje mi się, że jednym z ważniejszych elementów, którym powinien charakteryzować się dobry film jest umiejętność poruszania widza, a takową bez wątpienia posiada ten obraz. Tą opinię opieram nie tylko na subiektywnych odczuciach, ale także na mimowolnej obserwacji widzów na sali kinowej, która była ułatwiona przez to, że siedziałem w ostatnim rzędzie. Standardowa reakcja widzów kinowych po wyświetleniu napisów końcowych to: szukanie w ciemnościach swojej kurtki, pozostałości popcornu i niedopitej coli oraz telefonu, który lubi wypaść z kieszeni, a także dyskusje na temat filmu, najczęściej ograniczające się do wymiany zdań, w stylu: "-dobry był, nie? -no, fajny, fajny, pamiętasz gdzie zaparkowałem samochód?". Na "W imię" było inaczej... Każdy dyskretnie ubrał kurtkę i bezszelestnie wyszedł z ogarniętej ciemnością sali, nie wypowiadając ani słowa. Zdaje się, że Szumowska przewidziała taki stan rzeczy i spotęgowała efekt nie używając żadnego utworu, ani innych dźwięków jako tła pod napisy końcowe. Nie próbuję udowodnić, że ten film był genialny, bo nie był, miał sporo wad, ale niewątpliwie potrafił poruszyć widza, a wydaje mi się, że to bardzo ważne. W moim odczuciu największą zaletą filmu, oprócz umiejętności poruszania, było aktorstwo. Andrzej Chyra w roli księdza Adama był tak przekonujący, że w pewnych momentach można było zapomnieć, że to przecież aktor, z dorobkiem wielu świetnych ról. Jednak to, że doskonały aktor świetnie spełnił swą rolę nie zdziwiło mnie tak bardzo jak młodzi naturszczycy. Nie widziałem chyba nigdy wcześniej filmu, w którym amatorzy zagrali tak autentycznie. Już pierwsza scena filmu, w której miejscowi chłopcy znęcają się psychicznie i fizycznie nad upośledzonym mieszkańcem wsi zapowiada aktorstwo wysokich lotów. I tutaj taka dygresja: czy to tamci chłopacy byli tak utalentowani, czy to zasługa reżyserki? To zastanawiające, biorąc pod uwagę bijące sztucznością twory korzystające z pomocy naturszczyków pokroju: "Miłości na bogato", "Dlaczego ja?" i "Ukrytej prawdy". Podsumowując: zdecydowanie polecam obejrzenie najnowszego filmu Szumowskiej, mimo kilku wad, o których nie będę pisał, ponieważ dotyczą one warstwy fabularnej, a ja klasycznie już nie będę się w nią zagłębiał, bo nie taki jest cel tego bloga.
wtorek, 1 października 2013
Moja praca licencjacka
Zapraszam do przeczytania mojej pracy licencjackiej, napisanej pod kierunkiem dr Wojciecha Goszczyńskiego z Zakładu Badań Kultury Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu:
Ceny biletów
Nie jestem ekspertem do spraw biznesu, ani za bardzo nie znam się na ekonomii, ale nurtuje mnie pewna kwestia. Nie mogę zrozumieć dlaczego ceny biletów do kina są tak skrajnie wysokie!? Za bilet ulgowy w Toruniu trzeba zapłacić osiemnaście złotych, a za normalny aż dwadzieścia dwa złote. Skąd moje oburzenie? W kinie bywam stosunkowo rzadko, bo tylko trzy do czterech razy w roku, ale pozwala mi to zaobserwować, że z roku na rok, wraz ze wzrostem cen biletów ilość widzów dramatycznie maleje. Średnio na seansach, w których miałem okazję uczestniczyć, w przeciągu ostatnich dwóch lat, sala była wypełniona w co najwyżej piętnastu procentach. Przecież to absurd! Czy właściciele kin, albo decydenci w sprawie cen biletów nie mogą zrozumieć, że jeżeli ktoś chce dzisiaj obejrzeć film to może to zrobić na niezliczoną ilość sposobów? Telewizyjnych kanałów, które zajmują się tylko emisją filmów kinowych jest tyle, że nie potrafię ich nawet wyliczyć, do tego dochodzą usługi VOD w Internecie i telewizji cyfrowej oraz płyty Blu-ray, czy DVD. Prawda jest jednak taka, że osoby, których nie stać na płatne sposoby zdobywania filmów, uciekają się do nielegalnych źródeł. W dobie niczym nieograniczonego dostępu do dobrodziejstw Internetu nie jest przecież sztuką bezpłatne pobranie filmu, który właśnie zszedł z ekranów kinowych. Może jestem naiwny, ale myślę, że gdyby ceny biletów do kina zmniejszyć do na przykład sześciu, czy siedmiu złotych to frekwencja na sali zwiększyłaby się kilkukrotnie. A taki stan rzeczy byłby korzystny dla obydwu stron. Widz mógłby obejrzeć film na dużym ekranie, ze świetnym dźwiękiem i na wygodnym fotelu, a do tego zrobiłby to w pełni legalnie. Natomiast właściciele kin, dystrybutorzy i producenci mogliby się cieszyć większą frekwencją, a co za tym idzie, większymi zyskami. Boję się, że jeżeli obecna tendencja się utrzyma, to kina spotka ten sam los co napój Frugo w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy jego producenci byli tam mocno utwierdzeni w genialności swojego produktu, że nie zauważyli, że ciągłe podwyższanie jego ceny skutecznie odstrasza konsumentów. Efekty takiej polityki znamy chyba wszyscy. Kiedyś przeczytałem, że największa część dochodów kina to zyski ze sprzedaży jedzenia i napojów. Zastanawiające... Jeżeli miałbym na szybko napisać kto według mnie jest najczęstszym widzem kinowym to wymieniłbym: zakochane pary, dla których kino jest prostym sposobem na randkę oraz wycieczki szkolne, których wychowawcy twierdzą, że filmy Wajdy zrobią z nich lepszych Polaków. To w mojej ocenie dość przykry obraz, bo wolałbym, żeby do kin chodzili miłośnicy kina, ludzie spragnieni przeżywania emocji, wzruszeń, a także ludzie którzy najzwyczajniej w świecie pragną rozrywki, śmiechu i odprężenia. A co jeśli takich ludzi nie stać na bilet do kina? To proste - nie idą do kina...
wtorek, 24 września 2013
Wstyd
Steve McQueen jest według mnie jednym z najbardziej obiecujących, współczesnych reżyserów. Po jego debiutanckim "Głodzie", który został bardzo pozytywnie przyjęty przez krytyków, zrealizował "Wstyd". W mojej ocenie jest to jeden z niewielu filmów, które są bliskie perfekcji. Głównym bohaterem jest Brandon, przystojny i dobrze zarabiający pracownik korporacji w Nowym Jorku. Pozornie może wydawać się przeciętnym trzydziestolatkiem, jednak dopiero po wyjściu z pracy możemy poznać jego prawdziwe oblicze. Mówiąc łagodnie, Brandon ma ponadprzeciętną potrzebę rozładowywania swojego napięcia seksualnego. Jest uzależniony od seksu, prostytutek, masturbacji i pornografii... Tradycyjnie nie będę rozpisywał się na temat fabuły, ale skupię się raczej na moich odczuciach związanych z filmem. A te należą niewątpliwie do tej grupy, które możemy zakwalifikować jako katharsis. Kiedy na ekranie pojawiły się napisy końcowe, jeszcze przez długi czas nie mogłem dojść do siebie. Fakt ten nie był bynajmniej spowodowany jakimiś szokującymi obrazami, ale natłokiem przemyśleń, które piętrzyły się w mojej głowie wraz z kolejnymi scenami. Duża część widzów odbiera ten film jako swoisty manifest przeciwko zjawisku seksoholizmu, ja jednak uważam, że takie stawianie sprawy to krzywdzące banalizowanie tego obrazu. Według mnie to opowieść nie tyle o seksie, co o uzależnieniu w ogóle. Dlaczego uważam, że ten film jest bliski perfekcji? Przede wszystkim zadecydowała o tym prosta, ale jakże smutna i prawdziwa historia dramatu Brandona. Nie bez znaczenia była także sama postać głównego bohatera. Pozornie może się nam ona wydawać odległa, jednak po głębszym zastanowieniu, każdy z nas może odszukać w niej - siebie samego. Przecież prawie każdy, świadomie, czy też nie jest niewolnikiem kogoś, lub czegoś. Kolejnym elementem składającym się na świetnie współgrającą całość są zdjęcia. Utrzymane w surowej, zielono-niebieskawej tonacji, nieustannie przypominają, że życie nie zawsze musi być takie, jak byśmy sobie tego życzyli. Kamera zachowuje pewien dystans, jednak nie odwraca swojego wzroku, wtedy kiedy wielu twórców zastosowaliby cięcie montażowe. McQueen stosuje długie i stonowane ujęcia, nie ulega modzie i daje czas widzowi, aby ten mógł w pełni wczuć się w ekranową rzeczywistość. Dopełnieniem wspomnianych wcześniej elementów jest muzyka, która stanowi według mnie istotną rolę. Wzbudza niepokój i podkreśla stan emocjonalny głównego bohatera. Z czystym sumieniem polecam Wam "Wstyd", a ja nie mogę się już doczekać kolejnego dzieła Steveego McQueena...
poniedziałek, 23 września 2013
Miłość na bogato
Miesiąc temu miała miejsce premiera sztandarowej produkcji VIVA Polska pod tytułem "Miłość na bogato". Cztery odcinki, które widziałem do tej pory pozwoliły mi przekonać się, że tragiczny wizerunek tego serialu jest w pełni zasłużony. Chciałem przewrotnie skupić się na mocnych stronach tej produkcji, ale mimo szczerych chęci nie udało mi się takowych doszukać. I tutaj należy sobie zadać pytanie: skąd wysokie zapotrzebowanie i oglądalność tworów pokroju "Miłości na bogato"? Wydaje mi się, że wyjaśnienia należy szukać w coraz popularniejszej ostatnio technice przyciągania widza... Polega na tym, że zamiast budzić pozytywne emocje i budować empatię między bohaterami, a widzem robi się dokładnie na odwrót. Budowanie scenariuszy i postaci w taki sposób, aby widz mógł się z nimi utożsamić towarzyszy kinematografii już od jej początków i wydaje się naturalnym zabiegiem wpływającym na zaangażowanie osób oglądających film w jego akcję. Obecnie, zwłaszcza wśród produkcji telewizyjnych panuje trend na tworzenie postaci zupełnie oderwanych od rzeczywistości, których ekranowe poczynania i dialogi powodują u widza mieszankę śmiechu, politowania i niedowierzania. Przytoczę dwie sytuacje z "Miłości na bogato", pozwalające zobrazować osobom, które nie odważyły się obejrzeć tego serialu, co mam na myśli. Sytuacja pierwsza: Justyna - młoda przybyszka z małej miejscowości gdzieś w Polsce przybywa do Warszawy, aby rozpocząć wymarzoną karierę top modelki. Wraz ze swoją bogatą kuzynką, u której nieodpłatnie mieszka wybiera się na zakupy do ekskluzywnego butiku. Jej uwagę zwraca pewna sukienka, przymierza ją i dochodzi do wniosku, że musi ją mieć. Podekscytowana płaci kartą za nowy zakup, nie ściągając go z siebie nawet po wyjściu ze sklepu. Kiedy kilka minut później chce wypłacić pieniądze okazuje się, że jej konto jest już puste. Dlaczego? Bo nasza główna bohaterka "zapomniała" przed zakupem sprawdzić ile kosztuje sukienka, która tak ją urzekła. Nawiasem mówiąc kosztowała 5600zł. Sytuacja druga: tuż po tym wydarzeniu nasza bohaterka płacze i dywaguje nad marnością swojego losu, zastanawiając się jednocześnie skąd weźmie pieniądze na dalszy pobyt w stolicy. Bezpośrednio po tych zdarzenia spotyka się ze swoją nowo poznaną, bogatą koleżanką, która jest właścicielką show-roomu, czyli (jak się dowiedziałem w serialu) miejsca gdzie styliści i fotografowie przychodzą, chcąc zdobyć kostium dla swoich modelek. Niespodziewanie koleżanka Justyny proponuje jej u siebie dobrze płatną pracę, gdzie oprócz pieniędzy będzie także mogła zyskać znajomości w świcie mody. Jak na tą propozycję reaguje nasza bohaterka? Odmawia, motywując swoja decyzję tym, że przyjechała do Warszawy, żeby zostać top modelką i nie interesuje jej nic poza tym celem. Należy tylko dodać, że w momencie kiedy Justyna odmówiła skorzystania z kuszącej propozycji miała za sobą dwa nieudane castingi. Po co ja to wszystko piszę? Bynajmniej nie mam na celu zakomunikowania, że powinniśmy kochać wszystkich bohaterów filmów i seriali. Chcę jedynie zaznaczyć, że to zastanawiające, że jedną ze skutecznych metod na przyciągnięcie widza jest jego ciągłe irytowanie pretensjonalnością ekranowych wydarzeń.
wtorek, 17 września 2013
Drogówka
Dużo czasu zajęło mi zabranie się do obejrzenia najnowszego filmu Wojtka Smarzowskiego "Drogówka", ale jestem właśnie tuż po nadrobieniu tej przyjemnej zaległość. Poprzeczka, którą reżyser sam sobie postawił jego poprzednimi filmami, była zawieszona naprawdę wysoko. Na szczęście moje oczekiwania względem tego obrazu zostały spełnione z nawiązką. Czytając opinie na temat tego filmu można wyróżnić trzy główne zarzuty, które stawiają niezadowoleni odbiorcy. Postaram się na nie odpowiedzieć. Podstawowym zarzutem skierowanym w stronę "Drogówki" jest wtórność. Wiele osób twierdzi, że filmy Smarzowskiego stały się po prostu przewidywalne. Zdecydowanie się z tym nie zgadzam. Wódka, przekleństwa, bród, seks, bezpośredniość i wznosząca się kamera w ostatnim ujęciu każdego z filmów Smarzowskiego to w mojej ocenie oznaka nie tyle wtórności, co stylu reżyserskiego. Reżyser opowiada o tych aspektach życia ludzkiego, które są według niego warte opowiedzenia, a jednocześnie przemilczane przez głównonurtowych twórców kinematografii w naszym kraju. Jego obrazy nie należą do przystępnych, a treści, które Smarzowski pragnie przekazać światu często maja gorzki posmak. Taki stan rzeczy może nie podobać się widzom, którzy w kinie oczekują lekkich tematów, czarno-białych postaci i jasno postawionej puenty. Świat Smarzowskiego składa się głównie z odcieni szarości. Prawie nigdy nie możemy powiedzieć bowiem o bohaterach jego filmów, że są definitywnie dobrzy, albo źli. Ponadto tło wydarzeń opowiadanych przez reżyseria historii jest w mojej ocenie niezwykle różnorodne. "Wesele" to współczesny obraz ponurej rzeczywistości polskiej wsi, "Dom zły" to portret mentalności pegeerowskiej Polski poprzedniego ustroju, "Róża" odkrywa nieznane szerszej publiczności wątki z lat czterdziestych ubiegłego wieku, natomiast najnowsze dziecko Smarzowskiego to opowieść o grzechach współczesnych policjantów ze stolicy, ubrana w szaty dramatu, a niekiedy także filmu sensacyjnego, thrillera i czarnej komedii. Drugi zarzut skierowany przeciwko "Drogówce" to nieprofesjonalna warstwa operatorska filmu. Oczywiście w tym, jak i w każdym innym aspekcie każdy widz ma prawo do własnego zdania, jednak stawianie takiego zarzutu może wynikać z nieznajomości sztuki operatorskiej. Jest ona potężnym narzędziem w rękach twórców filmowych. Praca kamery i wygląd poszczególnych kadrów u Smarzowskiego pełnią przede wszystkim funkcję dramaturgiczną. Żeby lepiej wyjaśnić to co mam na myśli, posłużę się najprostszym przykładem, w którym warstwa operatorska nie pełni roli dramaturgicznej. W sitcomach najczęściej akcję filmuje się tylko z jednej - frontalnej perspektywy. Przypomina to punkt widzenia teatralnej publiczności. Ponadto ujęcia oświetlane są bezcieniowym, frontalnym światłem o dużym natężeniu. W efekcie każdy element znajdujący się w kadrze jest tak samo wyeksponowany. W drogówce jest zupełnie inaczej. Dynamiczna kamera, ujęcia często kręcone z ręki, kadry wyzute z nasycenia, połączone z przebitkami kręconymi telefonami komórkowymi i kamerami przemysłowymi w mojej ocenie nie tylko tworzą klimat sprzyjający opowiadanej historii, ale także doskonale dopełniają treść filmu. Ostatni zarzut brzmi: film jest przerysowany. Tutaj należy wspomnieć, że mamy do czynienia z filmem fabularny, a nie dokumentalnym. Oznacza to, że jest on autorską wizją autora, podobnie jak obraz, czy utwór muzyczny. Ponadto zdecydowana większość osób, która stawia ten zarzut nie ma najmniejszego pojęcia o tym jak wygląda praca policjanta. Smarzowski nie stawia tezy, że każdy policjant drogówki to wulgarny dziwkarz, który moralnością zniżył się do poziomu bruku. On po prostu komunikuje, że takie przypadki również się zdarzają. Środek ciężkości we współczesnej kinematografii, a zwłaszcza w produkcjach telewizyjnych w kontekście policjantów jest po przeciwległej stronie. Chociażby serial paradokumentalny "W11", którym nieprzerwanie od dziewięciu lat raczy nas codziennie TVN pokazuje wizerunek współczesnego policjanta jako nieskazitelnego obrońcy sprawiedliwości, któremu obce są wszelkie słabości. I tutaj byłbym bliższy postawienia zarzutu o przerysowanie, a wręcz o stworzenie wyidealizowanego wizerunku, niemającego wiele wspólnego z rzeczywistością. Wracając do "Drogówki" chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na jeden aspekt, a mianowicie aktorstwo. Uważam, że stoi ono na najwyższym możliwym poziomie. U Smarzowskiego aktorzy mogą rozwinąć skrzydła i naprawdę pokazać to do czego są stworzeni. Podsumowując: film serdecznie polecam wszystkim tym, którzy jeszcze z jakiś powodów jeszcze go nie obejrzeli. A tym którzy obejrzeli, ale się im nie spodobał - mam nadzieję, że rzuciłem nowe światło na "Drogówkę".
Zapraszam także do lektury moich wcześniejszych wpisów dotyczących innych filmów Smarzowskiego:
Subskrybuj:
Posty (Atom)






