W momencie, kiedy w naszym kraju trwa burzliwa dyskusja na temat homoseksualizmu, film Gusa Van Santa "Obywatel Milk" wydaje się być szczególnie aktualny. Jest to opowieść o działalności Harveya Milka, który dążył do tego, żeby zasiąść w radzie miasta San Francisco, a następnie doprowadzić do równego traktowania obywateli, bez względu na ich orientację seksualną. Gus Van Sant nie próbuje budować napięcia tam, gdzie wielu by je znalazło, ponieważ już w trzeciej minucie filmu dowiadujemy się, że Milk dostał mandat radnego, jednakże został zastrzelony podczas trwania kadencji. O sile tego filmu zadecydował przede wszystkim świetny Sean Penn w tytułowej roli, ale także nagrodzony Oscarem scenariusz zbudowany w taki sposób, że walka o prawa gejów i lesbijek pod koniec lat siedemdziesiątych w Kalifornii staje się widzowi bardzo bliska, niezależnie od jego miejsca zamieszkania i orientacji seksualnej. Oczywiście piszę to tylko w swoim imieniu, ponieważ będąc realistą nie mogę pokusić się o uogólnienia w tej kwestii. Nie mogę tego zrobić w kraju, gdzie po zamieszczeniu jakiegokolwiek wpisu na fanpejdżu najpopularniejszego portalu poświęconego kinematografii, poruszającego kwestie homoseksualizmu w filmie, największym uznaniem cieszą się przepełnione nienawiścią i obrzydzeniem komentarze, a ogromna część Polaków uważa homoseksualizm za chorobę, której trzeba się pozbyć za wszelką cenę. Z czego wynika nienawiść do homoseksualistek i homoseksualistów? Wydaje mi się, że w dużej mierze z niewiedzy. Boimy się tego czego nie znamy. Jednak moim zdaniem ten, ani jakikolwiek inny powód nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla wszelkiej dyskryminacji, zarówno na tle orientacji seksualnej, jaki i rasowej, czy wyznaniowej. Sfera intymna, jak sama nazwa wskazuje jest zarezerwowana tylko dla nas i najbliższych nam osób, dlatego nie widzę motywu, dla którego ktoś z zewnątrz miałby w nią ingerować i mówić nam jakie zachowania są dobre, a jakie złe. Wielu z Was zapewne zadaje sobie teraz pewnie pytanie "w takim razie dlaczego niektórzy homoseksualiści tak chętnie informują wszystkich wokół o swoich preferencjach, a nawet wychodzą na ulice z transparentami?". Na to pytanie najlepiej odpowie cytat z tego filmu: "jeśli pozwolisz, żeby chociaż jednemu człowiekowi odebrali jego prawa, to nie będziesz miał żadnych praw, gdy przyjdą je odebrać Tobie". Oczywiście nie mogę i nie chcę nikomu narzucić swojego światopoglądu, ale filmy takie jak "Obywatel Milk", czy "W imię" są doskonałą okazją do refleksji nad tematami, które najczęściej albo są zamiatane pod dywan, albo przyjmuje się w nich stanowisko a priori...
poniedziałek, 18 listopada 2013
piątek, 8 listopada 2013
Człowiek na linie
Co powiedzielibyście przyjacielowi, który pewnego dnia podszedłby do Was i powiedział, że na drugim końcu świata budują dwa najwyższe budynki świata, a kiedy już powstaną to chciałby na wysokości czterystu dwudziestu metrów przewiesić między nimi linę o długości sześćdziesięciu metrów i przejść po niej bez żadnych zabezpieczeń? Zapewne większa część z Was odpowiedziałaby mu, że ten pomysł, mówiąc łagodnie jest niewykonalny... Jednak przyjaciele Philippea Petita potraktowali to wyzwanie jak najbardziej poważnie i postanowili zrobić wszystko, żeby urzeczywistnić największe marzenie swojego przyjaciela, które już w założeniu było całkowicie irracjonalne. "Człowiek na linie" to przepiękny film dokumentalny opowiadający w absolutnie ujmujący sposób o marzeniach, przyjaźni i wytrwałości. Reżyser zrezygnował z wykorzystania lektora i pozwolił, by swoją historię opowiedzieli przed kamerą jej uczestnicy. W mojej ocenie było to zdecydowanie słuszne rozwiązanie, ponieważ niesamowita pasja z jaką wypowiadane są poszczególne fragmenty całego przedsięwzięcia udziela się widzowi, który dzięki temu nie tylko bardziej wczuwa się w opowieść, ale także angażuje się w nią emocjonalnie od jej początku do samego końca. W prowadzeniu narracji pomagają unikalne zdjęcia archiwalne oraz inscenizowane rekonstrukcje wydarzeń, które zostały zrealizowane z wielkim wyczuciem, a dzięki sprawnemu montażowi czasami trudno odróżnić oryginalne zdjęcia od tych zainscenizowanych. Całość dopełnia poruszająca muzyka, a w szczególności utwór "Fish Beach", który jak żaden inny oddaje klimat towarzyszący przygotowaniom do osiągnięcia nieosiągalnego. Żeby nie psuć przyjemności z oglądania "Człowieka na linie" nie napiszę czy marzenie Philippea Petita udało się wcielić w życie, jednak ten film udowadnia, że równie ważna jak cel jest droga do niego prowadząca...
wtorek, 5 listopada 2013
10 000 wyświetleń
Dzisiaj na moim blogu została przekroczona granica dziesięciu tysięcy wyświetleń, z czego jestem niezmiernie zadowolony. Blog powstał we wrześniu ubiegłego roku, więc nie trudno obliczyć, że średnia liczba odwiedzin "Sławek pisze" w miesiącu wynosi nieco ponad siedemset. Oczywiście przytoczone statystyki nie uwzględniają moich wejść. Zapewne dla wielu z Was ta liczba może się wydawać niezbyt imponująca, a wręcz zaskakująco niska, jednak dla mnie zdecydowanie ważniejsza od ilości czytelników jest po prostu ich chęć czytania odczuć związanych z obejrzanymi przeze mnie filmami. Myślę, że takowa chęć istnieje, a taką tezę mogę postawić nie tylko na podstawie ilości wejść na bloga, ale także na podstawie miłych słów zaadresowanych do mnie, w kontekście tego co piszę. Takie komplementy nie zdarzają się może zbyt często, ale dzięki temu wiem, albo przynajmniej żywię głęboką nadzieję, że są szczere, a co za tym idzie cieszą mnie jeszcze bardziej. Jednak mimo wszystko, skłamałbym, gdybym napisał, że w pełni satysfakcjonuje mnie liczba osób odwiedzających "Sławek pisze" i poziom interakcji między mną, a moimi czytelnikami. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że temat, który najczęściej tutaj poruszam, czyli szeroko pojęta kinematografia, zwłaszcza opisywana przez moją skromną osobę, nie jest w najmniejszym stopniu konkurencyjny w stosunku do na przykład blogów modowych, czy lifestylowych, które przegląda się szybciej i prawdopodobnie z większą przyjemnością, ze względu na zdecydowaną przewagę ilości fotografii nad ilością tekstu. Niemniej chciałbym serdecznie podziękować wszystkim moim czytelnikom za to, że są ze mną i interesuje ich to co mam do przekazania. Przy okazji chciałbym podziękować także mojej dziewczynie Ali i mojej siostrze Laurze za to, że często przed opublikowaniem posta czytają go i służą cennymi wskazówkami. Na zakończenie przygotowałem listę filmów, o którym miałem do tej pory okazję napisać i listę zdjęć, które wykonałem i tutaj opublikowałem. Po kliknięciu na tytuł filmu lub zdjęcia zostaniecie przeniesieni do odpowiedniego wpisu. Jeszcze raz dziękuję i zapraszam dalszego zaglądania na mojego bloga...
Filmy: Anatomia upadku, Big love, Blask, Byłem żołnierzem, Cela nr, Człowiek słoń, Drive, Drogówka, Duck amuck, Dzieci Hitlera, Dziewczyna z tatuażem, Filmy Martina Scorsese, Głębokie gardło, Grawitacja, Idioci, Idy marcowe, Krótki film o zabijaniu, Lot, Lovelace, Miłość na bogato, Motyl i skafander, Mroczny rycerz powstaje, Mrówa w ruchu 2, Niemożliwe, Nieukończony film, Odwróceni zakochani, Pamięć obozów, Piotruś i Wilk, Pogrzebany, Przyjeżdża orkiestra, Róża, Sławek, Słoń, Służące, Solista, Śmierć prezydenta, Ted Bundy, Teksańska masakra piłą mechaniczną, Telefon, Titanic, W ciemności, W imię, Wesele, Wstyd, Zabić sędziego, Żyłem jak.
Zdjęcia: Agnieszka, Ala, Bieg, Bliski wschód, Bogna, Cztery lata z Alą, Intel, Ja razy dwa, Koniec, Laura, Monika - bekstejdż, Monika, Most, Natalia, Powstaje kolejna notka, Pożegnanie, Tryptyk, Walka, Winda, Zaczynam.
poniedziałek, 4 listopada 2013
Pamięć obozów
Typowy film dokumentalny składa się najczęściej z wywiadów oraz zdjęć archiwalnych lub przebitek nakręconych specjalnie na potrzeby filmu. Wczoraj miałem jednak okazję obejrzeć absolutnie niecodzienny dokument. "Pamięć obozów" to produkcja składająca się z niemych, czarno-białych ujęć zarejestrowanych przez aliantów, po zakończeniu II Wojny Światowej, na terenach wyzwolonych obozów koncentracyjnych. Obrazów, które znalazły się w "Pamięci obozów" nie da się opisać żadnymi słowami. Z perspektywy dwudziestodwulatka rzeczywistość ukazana na tym filmie wydaje się co najmniej niewyobrażalna i odległa, jednak należy sobie uzmysłowić, że te wydarzenia miały miejsce zaledwie siedem dekad temu... Dość długo zastanawiałem się, czy obejrzenie takiego filmu można komukolwiek polecić, ale wtedy pomyślałem o tym jakie cele mogły przyświecać aliantom podczas jego realizacji. Wydaje mi się, że istniały przynajmniej trzy główne powody. Pierwszy z nich był najbardziej pragmatyczny, a mianowicie nagrania z wyzwolonych obozów koncentracyjnych miały służyć jako dowody w procesach o zbrodnie wojenne. Kolejnym powodem było prawdopodobnie uzmysłowienie członkom wszystkich społeczeństw, czym tak naprawdę jest wojna oraz jak okrutne mogą być jej skutki dla całkowicie niewinnych obywateli. Z dużą dozą prawdopodobieństwa należy przypuszczać, że ostatnim ważnym celem było ostrzeżenie i próba zapobiegnięcia temu, aby takie wydarzenia już nigdy więcej nie miały miejsca w historii. W kontekście współczesnych czasów mogę jeszcze dodać, że podczas oglądania tego filmu naszła mnie refleksja iż najczęściej problemy, które mogą nam się dzisiaj wydawać ponure i przerażające są w porównaniu z tym co działo się chociażby podczas II Wojny Światowej łagodnie mówiąc mało dotkliwe. Nie potrafię sobie ponadto wyobrazić jakim trzeba być człowiekiem, żeby zrobić drugiemu człowiekowi to co robili Niemcy obozowym więźniom... "Pamięć obozów" można obejrzeć TUTAJ, ostrzegam jednak, że ze względu na drastyczne ujęcia ten film nie nadaje się dla osób o słabych nerwach.
czwartek, 24 października 2013
Grawitacja
Właśnie wróciłem prosto z kina, po projekcji "Grawitacji" Alfonso Cuaróna i jestem wewnętrznie rozdarty jak chyba po żadnym innym filmie. Żeby jak najlepiej ubrać swoje myśli w słowa opiszę pokrótce moje wrażenia związane z poszczególnymi płaszczyznami tego filmu. Zacznę od możliwie lakonicznego nakreślenia fabuły, a później opiszę te elementy które uważam za korzystne, a skończę na tych, które zdecydowanie nie przypadły mi do gustu. Akcja "Grawitacji" rozgrywa się w przestrzeni kosmicznej, gdzie inżynier Ryan Stone, pierwszy raz odbywająca lot pozaziemski, wraz z Mattem Kowalskim, doświadczonym astronautą, zostają odcięci od swojego wahadłowca, na skutek lecących w ich kierunku szczątków satelity... Największą zaletą najnowszego obrazu Cuaróna zdecydowanie są efekty specjalne. Moja próba wyobrażenia sobie "jak oni to zrobili" skończyła się tylko zdawkowym wnioskiem w stylu "nie mam bladego pojęcia". Jednak niezależnie od tego jak to zrobili, ważniejsze jest to jak to wyglądało na ekranie, a wyglądało niewiarygodnie realistycznie. W moim rankingu filmów z najlepszymi efektami specjalnymi "Grawitacja" plasuje się na drugim miejscu, tuż za "Niemożliwe" Juana Antonio Bayona. Duży ekran kinowy dał mi możliwość dokładnego przyjrzenia się wszelkim detalom, takim jak światła, cienie, para, czy faktura i szczerze powiedziawszy jestem pod niesamowitym wrażeniem precyzji speców od efektów specjalnych. Prawdopodobnie jeszcze długo będę się zastanawiał jak powstało ujęcie Sandry Bullock, które początkowo ukazuje ją z pewnego dystansu, lewitującą w pełnym ekwipunku w przestrzeni kosmicznej, następnie kamera stopniowo zbliża się do jej twarzy, by przeniknąć przez szkło hełmu, po czym ujęcie zmienia się w detal ukazujący oczy aktorki, a na końcu kamera zgrabnie obraca się o sto osiemdziesiąt stopni by zmienić punkt widzenia na subiektywny. Według mnie to był majstersztyk sztuki operatorskiej połączonej z efektami specjalnymi, a to tylko jedno z wielu genialnych ujęć w tym filmie. A skoro o ujęciach mowa to warto zaznaczyć, że kolejną cechą, którą uwiódł mnie ten film były długie i niebywale skomplikowane pod każdym względem ujęcia. Najlepszym przykładem jest scena otwierająca film, składająca się z jednego ujęcia, które jak przeczytałem przed chwilą w Internecie trwa aż siedemnaście minut. W filmach tego typu twórcy często kuszą się na szybki montaż, by film wydawał się bardziej dynamiczny. Cuaróna nie uległ jednak modzie i zdecydował się na ujęcia dłuższe i bardziej skomplikowane, co wyszło moim zdaniem "Grawitacji" zdecydowanie na plus. Kolejna warstwa filmu, o której chcę napisać to zdjęcia. Temat filmu dawał operatorowi wielki potencjał, który w mojej ocenie został w pełni wykorzystany. Sporo było w filmie ujęć subiektywnych, dających widzowi chociaż na chwilę wczuć się w ekranowych bohaterów i ich punkt widzenia. Sformowanie "na chwilę" nie jest przypadkowe, ale o tym napiszę później. Kiedy nasi bohaterowie mają kłopoty w bezkresie kosmosu, kamera nie pozostaje biernym obserwatorem. Niektóre ujęcia zostały nakręcone bowiem w taki sposób, żeby widz poczuł się łagodnie rzecz ujmując - niekomfortowo. Podejrzewam, że niełatwą sprawą jest nakręcić zdjęcia tak, aby wyglądały w taki sposób, jakby były zrealizowane w kosmosie, ale w "Grawitacji" ten efekt został osiągnięty w bardzo realistyczny sposób. Ostatnim aspektem, który zdecydowanie zachwycił mnie w tym filmie jest warstwa dźwiękowa. Ilekroć wspominałem na tym blogu o dźwięku to prawie zawsze ograniczało się to do muzyki, natomiast w "Grawitacji" chyba pierwszy raz w życiu moją uwagę przykuły odgłosy same w sobie. Zastosowano szereg zabiegów, aby warstwa dźwiękowa pełni funkcję nie tylko ilustrującą obraz, ale także funkcję dramaturgiczną. Sporo jest momentów całkowitej ciszy, sporo jest odgłosów przestrzeni kosmicznej, a całość tworzy niesamowity efekt końcowy. To tyle, jeżeli chodzi o zalety "Grawitacji", teraz napiszę kilka zdań o jej wadach.
Celowo oddzieliłem kadrem z filmu obydwie części tekstu, ponieważ nie rozumiem jak można zrobić film tak genialny w wydawać by się mogło najtrudniejszych elementach, a zawieść tam, gdzie wcale nie trzeba było wiele, żeby całość zachwycała. W zasadzie są tylko dwa elementy, które w mojej ocenie wypadły naprawdę słabo, niestety te dwa elementy w bardzo dużej mierze rzutują na końcowy odbiór i ocenę filmu. Pierwszą z tych składowych jest fabuła. Tak jak zobowiązuje tradycja tego bloga nie będę wnikał w warstwę fabularną, żeby nie psuć Wam zabawy z oglądania, ale nie mogę nie napisać, że uważam "Grawitację" za film, który mimo ogromnego potencjału w kwestii budowania historii niestety zawiódł na całej linii. Drugim, a zarazem ostatnim komponentem filmu, który nie spełnił moich oczekiwań jest aktorstwo. Już przed seansem miałem spore obawy dotyczące tego czy aby na pewno Sandra Bullock i George Clooney to dobry wybór do filmu, gdzie w zasadzie na barkach tylko dwóch aktorów leży ciężar opowiedzenia całej historii, dodatkowo utrudniony przecież skafandrami, które mocno ograniczają swobodne poruszanie się. Niestety moje obawy potwierdziły się. Gdybym porównał stopień realizmu gry aktorskiej w kontekście pokazania walki o życie za wszelką cenę między "Grawitacją", a "Pogrzebanym", gdzie akcja przez cały czas rozgrywa się wewnątrz zakopanej trumny, a na ekranie jest tylko jeden aktor, to niestety Sandra Bullock i George Clooney wypadają na tle Ryana Reynoldsa jak dzieci w podstawówce, odgrywające szkolny teatrzyk z okazji dnia babci. Nadszedł czas na podsumowanie, które nie jest tak oczywiste jak we większości filmów, o których piszę. Z jednej strony mamy majstersztyk techniczny, ze zdjęciową, dźwiękową, a przede wszystkim efektowną ucztą dla zmysłów, a z drugiej strony mamy dość banalną historię, w dodatku przeciętnie zagraną. Odpowiedź na pytanie czy warto wybrać się do kina na "Grawitację" jest z powodów, o którym pisałem wcześniej bardzo problematyczna. Na szczęście ja ten wybór miałem mocno ułatwiony, ponieważ bilety do kina wygrałem podczas mojej poprzedniej wizyty w tym miejscu. Mimo wszystko mam głęboką nadzieję, że to co przeczytaliście pozwoli Wam dokonać bardziej świadomego i satysfakcjonującego wyboru.
wtorek, 22 października 2013
Dziewczyna z tatuażem
Przed obejrzeniem "Dziewczyny z tatuażem" miałem bardzo sceptyczne podejście. Nie przepadam za kryminałami i thrillerami, a dodatkowo odrzucał mnie fakt, że jedną z głównych ról gra Daniel Craig, którego mam za aktora raczej średnich lotów. Ku mojemu zaskoczeniu film okazał się naprawdę przyzwoity, a wręcz wciągający. Kolokwialnie mówiąc zatańczyłem tak jak zagrał reżyser, a to niewątpliwy komplement dla twórcy kryminału. Mimo tego, że film trwa aż dwie i pół godziny to zdecydowanie się nie nużył, a wręcz odwrotnie. Po kiczowatej i zniechęcającej czołówce z minuty na minutę było już tylko lepiej. Akcja rozgrywa się w mroźnej Szwecji, gdzie znany dziennikarz Mikael Blomkvist zostaje skazany w procesie o zniesławienie i kiedy zostaje w skutek tego zdarzenia pozbawiony wszelkich oszczędności, odzywa się do niego właściciel jednej z największych szwedzkich korporacji Henrik Vanger, z prośbą o rozwikłanie zagadki śmierci jego bratanicy Harriet. W międzyczasie na ekranie pojawia się Lisbeth Salander, młoda hakerka, której roli w rozwiązywaniu kryminalnej zagadki nie będę zdradzał, żeby nie psuć zabawy z oglądania filmu. Niewątpliwie dużą zaletą filmu jest stosunkowo wysoki poziom jego realizmu, twórcy tego obrazu na szczęście nie pokusili się o różnego typu widowiskowe triki filmowe, które przecież dla dużej grupy widzów stanowią urozmaicenie. To co w "Dziewczynie z tatuażem" zwraca uwagę, oprócz samej fabuły i bohaterów to niesubtelne lokowanie produktów. Główni bohaterowie korzystają tylko z Apple'owskich Macbooków Pro, zdjęcia robią aparatem Sony, a negatywy skanują urządzeniem wielofunkcyjnym Espon'a... Tak bardzo utkwiło mi to w pamięci, że nawet nie musiałem szukać ponownie tych informacji w filmie, albo Internecie. Na niewątpliwą uwagę zasługuje także formalna warstwa filmu. Zdjęcia utrzymane w chłodnej stylistyce doskonale obrazują złowieszczy charakter tej produkcji, ponadto duża scen rozgrywa się po zmroku, co dodatkowo wpływa na kreację mrocznej atmosfery. Generalnie warstwę kinematograficzną określiłbym jako naprawdę dobre rzemiosło. "Dobre" z powodów, o których wspomniałem powyżej, a "rzemiosło", dlatego, iż zdjęcia mimo, że ładne to same w sobie nie stanowią wartości, praca kamery nie zwraca na siebie szczególnie uwagi, ani nie wnosi świeżego spojrzenia do sztuki operatorskiej. Komu mogę polecić ten film? Wszystkim tym, który lubią mroczne zagadki i oczekują dwu i półgodzinnej rozrywki.
sobota, 19 października 2013
Lovelace
Wczoraj miałem okazję obejrzeć film „Lovelace”, na który niecierpliwie czekałem od dłuższego czasu. Jest to film biograficzny, ukazujący życie Lindy Lovelace, głównej aktorki najsłynniejszego i najbardziej dochodowego filmu pornograficznego filmu wszech czasów, czyli „Głębokiego gardła”. Temat pornografii, a zwłaszcza „Głębokiego gardła” jest mi szczególnie bliski, ponieważ te zagadnienia były obszarem badań mojej pracy dyplomowej, którą nieco ponad miesiąc temu obroniłem. W związku z tym moja wiedza na temat życia Lindy, oraz kulis powstawania pornograficznego tworu popkultury, w którym brała udział, jest ponadprzeciętnie wysoka. Co za tym idzie także moje oczekiwania w stosunku do „Loveace” były spore, ponieważ wiedziałem, że ciężko będzie mnie czymkolwiek zaskoczyć. Film okazał się być typowym efektem rzemiosła, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Inaczej mówiąc, „Lovelace” nie ma szans uzyskania statusu filmu kultowego, ale to nie oznacza, że to słaby film. Ogląda się go bardzo przyjemnie, nawet jeżeli wie się co może stać się w kolejnej scenie. W jednej z recenzji na temat tego obrazu przeczytałem, że wątkowi dotyczącemu kulis powstawania „Głębokiego gardła” poświecono zbyt mało czasu i uwagi. Ja uważam, że twórcy niezwykle sprawnie wpletli ten wątek w fabułę i pomimo, że faktycznie zajmuje on marginalną część trwania projekcji to jednak pokazuje wszystko to co sprawi, że widz niezorientowany w tej tematyce będzie mógł zrozumieć dalszą część filmu. „Lovelace” to opowieść przede wszystkim o Lindzie i jej niełatwych stosunkach z mężem Chuckiem, oraz jej stopniowej ewolucji, o której naturalnie nie będę pisał, aby nie psuć zabawy z oglądania filmu. I tutaj brawa dla Amandy Seyfried, która wcieliła się w rolę Lindy w moim odczuciu na tyle dobrze, na ile pozwalał jej scenariusz. Gra marionetki, która sterowania jest za pomocą sznurków, pociąganych przez wiele osób, albo boi na oceanie szarganej przez fale wychodzi u niej dość naturalnie i bezpretensjonalnie. Warto jeszcze napisać o tym, że „Lovelace” to film zrealizowany w sposób możliwie smaczny dla widza, na próżno oczekiwać ostrych scen erotycznych, chociaż życie Lindy na pewno dawało ku temu pretekst. Nagość jest ograniczona do minimum i ukazana w moim mniemaniu w bardzo estetyczny sposób. Bardzo dobrze, że powstał ten film, ponieważ wiele zostało powiedziane na temat tego jak „Głębokie gardło” wpłynęło na rewolucję seksualną na całym świecie, ale bardzo niewiele zostało powiedziane o tym jak ten film wpłynął na odtwórczynię głównej roli. „Lovelace” serdecznie polecam wszystkim miłośnikom filmów biograficznych, a także popkultury i szeroko pojętej branży pornograficznej.
A teraz czas na spolerowanie, czyli coś czego zdecydowanie nie lubię, ale w tym wypadku muszę o tym napisać. Proszę wszystkich tych, którzy nie oglądali filmu, ale mają zamiar to uczynić o nieczytanie tego fragmentu tekstu. Twórcy filmu pominęli w „Lovelace” ogromną część życia Lindy, mam na myśli moment od czasu, kiedy stała się feministką, aż do jej śmierci w wypadku samochodowym. Mało kto wie, ale po tym jak już stała się przeciwniczką pornografii miała ogromne problemy finansowe, ponieważ ilekroć jej pracodawcy dowiadywali się jaką ma przeszłość to została wyrzucana z pracy. Ogromne problemy finansowe doprowadziły do tego, że w wieku 51 lat postanowiła wziąć udział w sesji do magazynu dla dorosłych, co oznaczała, że wróciła do tego co publicznie przez wiele lat potępiała...
Subskrybuj:
Posty (Atom)






