piątek, 13 grudnia 2013

God Bless America

Zapewne tak jak u większości z Was staram się, żeby decyzja dotycząca doboru oglądanego filmu należała raczej do tych z kategorii przemyślanych. Inaczej mówiąc, prawie zawsze przed obejrzeniem konkretnego filmu poświęcam kilka minut na research po to, żeby później nie przeklinać przez dwie kolejne godziny swojego wyboru. Oczywiście nie mam na myśli czytania streszczenia fabuły przed seansem, bo taki zabieg uważam za strzał we własną stopę, ale na przykład zapoznanie się z sylwetkami twórców i aktorów danego dzieła, albo chociażby sprawdzenie gatunku jaki film reprezentuje uważam za dobry nawyk, który pozwala uniknąć marnowania czasu na oglądanie tych filmów, których z pewnością nie miałbym ochoty oglądać. Ten przydługi wstęp jest pretekstem, żeby podzielić się z Wami przemyśleniami na temat wielkiego, pozytywnego zaskoczenia jakim był dla mnie wczoraj obejrzany film pod tytułem "God Bless America". Pierwotnie nazwisko reżysera i zarazem scenarzysty tego filmu niewiele mi mówiło, jednak okazało się, że niejaki Bobcat Goldthwait to znany chyba nam wszystkim Zed z "Akademii policyjnej". Po obejrzeniu trwającego dwie minuty zwiastuna byłem przekonany, że za chwilę obejrzę nie wnoszącą żadnych treści, krwawą komedię, nieudolnie próbującą naśladować styl Tarantino czy Rodrigueza, natomiast nie przeszkadzało mi to szczególnie, bo miałem ochotę obejrzeć po prostu film rozrywkowy. Jednak po seansie "God Bless America" wiem, że mimo sporej dawki czarnego humoru na pewno nie nazwałbym tego filmu komedią. Jest to raczej gorzki portret zachodniego społeczeństwa, do którego od kilkunastu lat także się zaliczamy. Na początku filmu poznajemy Franka, mężczyznę w średnim wieku, który właśnie dowiedział się, że stracił pracę, a w dodatku okazało się, że ma guza mózgu, w związku z czym niebawem umrze. Ponadto Frank nie jest konformistą, brzydzi się popkulturową papką, którą zewsząd atakują nas mass media, jest za to idealistą, wierzącym w to, że ludzie mogą i powinni być dla siebie życzliwi. Bez jakichkolwiek perspektyw na poprawę, w dodatku załamany otaczającą go rzeczywistością Frank postanawia targnąć się na swoje życie, wtedy nieoczekiwanie poznaje dwudziestoletnią Roxie, która sprawi, że jego życie zacznie nabierać sensu... Nie bójcie się, to co przed chwilą napisałem to zaledwie lakoniczna wersja kilku pierwszych minut filmu, na której standardowo zakończę, żeby nie psuć Wam ogromnej przyjemności z oglądania tego filmu.


Bobcat Goldthwait nie próbuje stworzyć wielopłaszczyznowego dzieła jak chociażby opisywana przeze mnie ostatnio animacja "Mary i Max", jednak od pierwszej do ostatniej minuty swojego filmu konsekwentnie skłania nas do refleksji dotyczącej tego jak wygląda nasze społeczeństwo, jakie są pragnienia i ambicje członków zachodniej cywilizacji i przede wszystkim do czego to nas prowadzi. Celowo używam sformułowania "nasze społeczeństwo", ponieważ w związku z wynalezieniem telewizji satelitarnej, a zwłaszcza Internetu wykształciło się tak zwane społeczeństwo globalne, które ujednolica dotąd odrębne społeczeństwa. Oglądamy takie same programy telewizyjne jak mieszkańcy chociażby Stanów Zjednoczonych, czy Wielkiej Brytanii, korzystamy z tych samych serwisów społecznościowych, mamy takich samych idoli, nosimy ubrania tych samych marek, a błahe "problemy" życia codziennego takie jak: rozładowana bateria w telefonie czy śmierć ulubionego bohatera w serialu spaja ogromną część obywateli świata w jednolity, uformowany przez środki masowego przekazu konsumencki twór, który jest ziszczonym marzeniem wielkich korporacji. Pewnie narażę się tym co teraz napiszę wielu osobom, ale w jakimś sensie można odnieść "God Bless America" do twórczości Kieślowskiego, który także portretował otaczającą go rzeczywistość społeczną. Oczywiście na tym podobieństwa się kończą, bo o ile Kieślowski pokazywał nam swoją wizję rzeczywistości to Goldthwait oprócz tego jasno stawia tezę, że obecnie panujący stan rzeczy ewidentnie mu się nie podoba. Kieślowski nie oceniał, on pobudzał w swoich filmach szare komórki widzów i skłaniał ich do własnej interpretacji i oceny postaw jego bohaterów, które najczęściej nie mogły być bezsprzecznie sklasyfikowane jako dobre czy złe. Po tym co do tej pory napisałem możecie mieć niepotrzebnie skrzywiony obraz tego filmu, dlatego muszę zaznaczyć, że wbrew temu co mogliście sobie jak dotąd o nim pomyśleć, "God Bless America" to historia opowiedziana w bardzo przyjemny i widowiskowy dla widza sposób. Chociażby dialogi to niezwykle udana mieszanka wybuchowa patetycznych przemyśleń Franka ścierających się ze świeżym spojrzeniem Roxie. Zawsze, ilekroć pierwsze minuty filmu wciągają mnie i ewidentnie przypadają mi do gustu to zaczynam się bać, że dalsza część filmu może nie trzymać wysokiego poziomu z początku, na szczęście w tym filmie wszystko spełniło moje oczekiwania, a wręcz tak jak napisałem na początku tej notki pozytywnie zaskoczyło. Zapewne niektórzy z Was po obejrzeniu tego filmu nie podzielą mojego entuzjazmu, ale to blog, na którym dzielę się z Wami nie prawdami absolutnymi, a jedynie moimi subiektywnymi odczuciami, dlatego zachęcam Was do obejrzenia "God Bless America" i wypracowania własnego zdania na temat tego filmu.

wtorek, 3 grudnia 2013

Mary i Max

Ostatnio obejrzałem sporo filmów, jednak ich ilość niestety nie zawsze przekładała się na jakość. Na szczęście, kilka dni temu trafiłem na dzieło w pełnym znaczeniu tego słowa. Cztery lata temu Adam Elliot nakręcił przenikliwy i poruszający obraz pod tytułem "Mary i Max". Mary to ośmioletnia, zakompleksiona mieszkanka przedmieść Melbourne, której rodzice są zaabsorbowani wszystkim na około poza swoją córką. Tytułowa bohaterka została nauczona, że dzieci w Australii "rodzą się" w kuflach od piwa, ale jest niezmiernie ciekawa czy w innych państwach wygląda to podobnie. Postanawia więc napisać list do przypadkowego Amerykanina... List trafia do Maxa, otyłego nowojorczyka, w średnim wieku, dla którego największą przyjemnością jest pochłanianie wymyślonych przez siebie czekoladowych hot dogów... Pozornie tej dwójki nic nie łączy, jednak z czasem okazuje się, że wspólnych cech jest więcej niż można byłoby pierwotnie przewidzieć. Najważniejszą z niech jest samotność i olbrzymie pragnienie posiadanie bliskiej osoby. Film Elliota to opowieść o... No właśnie, o czym? Wydaje mi się, że czegokolwiek bym w tym miejscu nie napisał to byłoby to krzywdzące dla tego dzieła, ponieważ spektrum wątków, symboli, metafor, przesłań i uczuć, które twórcom udało się zawrzeć w tej niespełna półtora godzinnej produkcji budzi mój podziw. Jednak ten natłok treść jest opakowany w sposób bardzo dojrzały i umiejętny, a co najważniejsze atrakcyjny dla widza. "Mary i Max" ogląda się znakomicie, chociażby dlatego, że główni bohaterowie stają się nam naprawdę bliscy już po kilku minutach projekcji, a humor, który reprezentuje ten film jest inteligentny, a przy tym naprawdę zabawny. Kolejnym ogromnym atutem tego obrazu jest technika, w której został zrealizowany. Animacja poklatkowa to gatunek, który powoli umiera, ponieważ zostaje wypierany przez jego cyfrową odmianę, szybszą i tańszą w realizacji. Jednak trud, którego się podjęto opłacił się w mojej ocenie z nawiązką. Dlaczego? Animacja poklatkowa to przede wszystkim niepowtarzalny klimat, znany chociażby z nagrodzonej Oscarem za krótki metraż brytyjsko-polsko-norweskiej koprodukcji "Piotruś i Wilk". Jestem pewien, że gdyby zrealizowano "Mary i Maxa" cyfrowymi narzędziami to straciłby sporo ze swojej wyjątkowości. Teraz powinienem napisać kilka słów na temat wad tego filmu, ale takowych się nie doszukałem. To jeden z tych bardzo nielicznych filmów, w których wszystko spełniło moje wygórowane oczekiwania. Dotyczy to również zakończenia tej opowieści, która doprowadziła mnie do łez. Dosłownie. Oczywiście nie napiszę, czy ta historia zawiązała się pozytywnie, negatywnie, czy może niejednoznacznie, żeby nie psuć Wam przyjemności z oglądania, niemniej mam nadzieję, że dostatecznie zachęciłem do odwiedzenia świata "Mary i Maxa".

poniedziałek, 18 listopada 2013

Obywatel Milk

W momencie, kiedy w naszym kraju trwa burzliwa dyskusja na temat homoseksualizmu, film Gusa Van Santa "Obywatel Milk" wydaje się być szczególnie aktualny. Jest to opowieść o działalności Harveya Milka, który dążył do tego, żeby zasiąść w radzie miasta San Francisco, a następnie doprowadzić do równego traktowania obywateli, bez względu na ich orientację seksualną. Gus Van Sant nie próbuje budować napięcia tam, gdzie wielu by je znalazło, ponieważ już w trzeciej minucie filmu dowiadujemy się, że Milk dostał mandat radnego, jednakże został zastrzelony podczas trwania kadencji. O sile tego filmu zadecydował przede wszystkim świetny Sean Penn w tytułowej roli, ale także nagrodzony Oscarem scenariusz zbudowany w taki sposób, że walka o prawa gejów i lesbijek pod koniec lat siedemdziesiątych w Kalifornii staje się widzowi bardzo bliska, niezależnie od jego miejsca zamieszkania i orientacji seksualnej. Oczywiście piszę to tylko w swoim imieniu, ponieważ będąc realistą nie mogę pokusić się o uogólnienia w tej kwestii. Nie mogę tego zrobić w kraju, gdzie po zamieszczeniu jakiegokolwiek wpisu na fanpejdżu najpopularniejszego portalu poświęconego kinematografii, poruszającego kwestie homoseksualizmu w filmie, największym uznaniem cieszą się przepełnione nienawiścią i obrzydzeniem komentarze, a ogromna część Polaków uważa homoseksualizm za chorobę, której trzeba się pozbyć za wszelką cenę. Z czego wynika nienawiść do homoseksualistek i homoseksualistów? Wydaje mi się, że w dużej mierze z niewiedzy. Boimy się tego czego nie znamy. Jednak moim zdaniem ten, ani jakikolwiek inny powód nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla wszelkiej dyskryminacji, zarówno na tle orientacji seksualnej, jaki i rasowej, czy wyznaniowej. Sfera intymna, jak sama nazwa wskazuje jest zarezerwowana tylko dla nas i najbliższych nam osób, dlatego nie widzę motywu, dla którego ktoś z zewnątrz miałby w nią ingerować i mówić nam jakie zachowania są dobre, a jakie złe. Wielu z Was zapewne zadaje sobie teraz pewnie pytanie "w takim razie dlaczego niektórzy homoseksualiści tak chętnie informują wszystkich wokół o swoich preferencjach, a nawet wychodzą na ulice z transparentami?". Na to pytanie najlepiej odpowie cytat z tego filmu: "jeśli pozwolisz, żeby chociaż jednemu człowiekowi odebrali jego prawa, to nie będziesz miał żadnych praw, gdy przyjdą je odebrać Tobie". Oczywiście nie mogę i nie chcę nikomu narzucić swojego światopoglądu, ale filmy takie jak "Obywatel Milk", czy "W imię" są doskonałą okazją do refleksji nad tematami, które najczęściej albo są zamiatane pod dywan, albo przyjmuje się w nich stanowisko a priori...

piątek, 8 listopada 2013

Człowiek na linie

Co powiedzielibyście przyjacielowi, który pewnego dnia podszedłby do Was i powiedział, że na drugim końcu świata budują dwa najwyższe budynki świata, a kiedy już powstaną to chciałby na wysokości czterystu dwudziestu metrów przewiesić między nimi linę o długości sześćdziesięciu metrów i przejść po niej bez żadnych zabezpieczeń? Zapewne większa część z Was odpowiedziałaby mu, że ten pomysł, mówiąc łagodnie jest niewykonalny... Jednak przyjaciele Philippea Petita potraktowali to wyzwanie jak najbardziej poważnie i postanowili zrobić wszystko, żeby urzeczywistnić największe marzenie swojego przyjaciela, które już w założeniu było całkowicie irracjonalne. "Człowiek na linie" to przepiękny film dokumentalny opowiadający w absolutnie ujmujący sposób o marzeniach, przyjaźni i wytrwałości. Reżyser zrezygnował z wykorzystania lektora i pozwolił, by swoją historię opowiedzieli przed kamerą jej uczestnicy. W mojej ocenie było to zdecydowanie słuszne rozwiązanie, ponieważ niesamowita pasja z jaką wypowiadane są poszczególne fragmenty całego przedsięwzięcia udziela się widzowi, który dzięki temu nie tylko bardziej wczuwa się w opowieść, ale także angażuje się w nią emocjonalnie od jej początku do samego końca. W prowadzeniu narracji pomagają unikalne zdjęcia archiwalne oraz inscenizowane rekonstrukcje wydarzeń, które zostały zrealizowane z wielkim wyczuciem, a dzięki sprawnemu montażowi czasami trudno odróżnić oryginalne zdjęcia od tych zainscenizowanych. Całość dopełnia poruszająca muzyka, a w szczególności utwór "Fish Beach", który jak żaden inny oddaje klimat towarzyszący przygotowaniom do osiągnięcia nieosiągalnego. Żeby nie psuć przyjemności z oglądania "Człowieka na linie" nie napiszę czy marzenie Philippea Petita udało się wcielić w życie, jednak ten film udowadnia, że równie ważna jak cel jest droga do niego prowadząca...

wtorek, 5 listopada 2013

10 000 wyświetleń

Dzisiaj na moim blogu została przekroczona granica dziesięciu tysięcy wyświetleń, z czego jestem niezmiernie zadowolony. Blog powstał we wrześniu ubiegłego roku, więc nie trudno obliczyć, że średnia liczba odwiedzin "Sławek pisze" w miesiącu wynosi nieco ponad siedemset. Oczywiście przytoczone statystyki nie uwzględniają moich wejść. Zapewne dla wielu z Was ta liczba może się wydawać niezbyt imponująca, a wręcz zaskakująco niska, jednak dla mnie zdecydowanie ważniejsza od ilości czytelników jest po prostu ich chęć czytania odczuć związanych z obejrzanymi przeze mnie filmami. Myślę, że takowa chęć istnieje, a taką tezę mogę postawić nie tylko na podstawie ilości wejść na bloga, ale także na podstawie miłych słów zaadresowanych do mnie, w kontekście tego co piszę. Takie komplementy nie zdarzają się może zbyt często, ale dzięki temu wiem, albo przynajmniej żywię głęboką nadzieję, że są szczere, a co za tym idzie cieszą mnie jeszcze bardziej. Jednak mimo wszystko, skłamałbym, gdybym napisał, że w pełni satysfakcjonuje mnie liczba osób odwiedzających "Sławek pisze" i poziom interakcji między mną, a moimi czytelnikami. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że temat, który najczęściej tutaj poruszam, czyli szeroko pojęta kinematografia, zwłaszcza opisywana przez moją skromną osobę, nie jest w najmniejszym stopniu konkurencyjny w stosunku do na przykład blogów modowych, czy lifestylowych, które przegląda się szybciej i prawdopodobnie z większą przyjemnością, ze względu na zdecydowaną przewagę ilości fotografii nad ilością tekstu. Niemniej chciałbym serdecznie podziękować wszystkim moim czytelnikom za to, że są ze mną i interesuje ich to co mam do przekazania. Przy okazji chciałbym podziękować także mojej dziewczynie Ali i mojej siostrze Laurze za to, że często przed opublikowaniem posta czytają go i służą cennymi wskazówkami. Na zakończenie przygotowałem listę filmów, o którym miałem do tej pory okazję napisać i listę zdjęć, które wykonałem i tutaj opublikowałem. Po kliknięciu na tytuł filmu lub zdjęcia zostaniecie przeniesieni do odpowiedniego wpisu. Jeszcze raz dziękuję i zapraszam dalszego zaglądania na mojego bloga...


poniedziałek, 4 listopada 2013

Pamięć obozów

Typowy film dokumentalny składa się najczęściej z wywiadów oraz zdjęć archiwalnych lub przebitek nakręconych specjalnie na potrzeby filmu. Wczoraj miałem jednak okazję obejrzeć absolutnie niecodzienny dokument. "Pamięć obozów" to produkcja składająca się z niemych, czarno-białych ujęć zarejestrowanych przez aliantów, po zakończeniu II Wojny Światowej, na terenach wyzwolonych obozów koncentracyjnych. Obrazów, które znalazły się w "Pamięci obozów" nie da się opisać żadnymi słowami. Z perspektywy dwudziestodwulatka rzeczywistość ukazana na tym filmie wydaje się co najmniej niewyobrażalna i odległa, jednak należy sobie uzmysłowić, że te wydarzenia miały miejsce zaledwie siedem dekad temu... Dość długo zastanawiałem się, czy obejrzenie takiego filmu można komukolwiek polecić, ale wtedy pomyślałem o tym jakie cele mogły przyświecać aliantom podczas jego realizacji. Wydaje mi się, że istniały przynajmniej trzy główne powody. Pierwszy z nich był najbardziej pragmatyczny, a mianowicie nagrania z wyzwolonych obozów koncentracyjnych miały służyć jako dowody w procesach o zbrodnie wojenne. Kolejnym powodem było prawdopodobnie uzmysłowienie członkom wszystkich społeczeństw, czym tak naprawdę jest wojna oraz jak okrutne mogą być jej skutki dla całkowicie niewinnych obywateli. Z dużą dozą prawdopodobieństwa należy przypuszczać, że ostatnim ważnym celem było ostrzeżenie i próba zapobiegnięcia temu, aby takie wydarzenia już nigdy więcej nie miały miejsca w historii. W kontekście współczesnych czasów mogę jeszcze dodać, że podczas oglądania tego filmu naszła mnie refleksja iż najczęściej problemy, które mogą nam się dzisiaj wydawać ponure i przerażające są w porównaniu z tym co działo się chociażby podczas  II Wojny Światowej łagodnie mówiąc mało dotkliwe. Nie potrafię sobie ponadto wyobrazić jakim trzeba być człowiekiem, żeby zrobić drugiemu człowiekowi to co robili Niemcy obozowym więźniom... "Pamięć obozów" można obejrzeć TUTAJ, ostrzegam jednak, że ze względu na drastyczne ujęcia ten film nie nadaje się dla osób o słabych nerwach.

czwartek, 24 października 2013

Grawitacja

Właśnie wróciłem prosto z kina, po projekcji "Grawitacji" Alfonso Cuaróna i jestem wewnętrznie rozdarty jak chyba po żadnym innym filmie. Żeby jak najlepiej ubrać swoje myśli w słowa opiszę pokrótce moje wrażenia związane z poszczególnymi płaszczyznami tego filmu. Zacznę od możliwie lakonicznego nakreślenia fabuły, a później opiszę te elementy które uważam za korzystne, a skończę na tych, które zdecydowanie nie przypadły mi do gustu. Akcja "Grawitacji" rozgrywa się w przestrzeni kosmicznej, gdzie inżynier Ryan Stone, pierwszy raz odbywająca lot pozaziemski, wraz z Mattem Kowalskim, doświadczonym astronautą, zostają odcięci od swojego wahadłowca, na skutek lecących w ich kierunku szczątków satelity... Największą zaletą najnowszego obrazu Cuaróna zdecydowanie są efekty specjalne. Moja próba wyobrażenia sobie "jak oni to zrobili" skończyła się tylko zdawkowym wnioskiem w stylu "nie mam bladego pojęcia". Jednak niezależnie od tego jak to zrobili, ważniejsze jest to jak to wyglądało na ekranie, a wyglądało niewiarygodnie realistycznie. W moim rankingu filmów z najlepszymi efektami specjalnymi "Grawitacja" plasuje się na drugim miejscu, tuż za "Niemożliwe" Juana Antonio Bayona. Duży ekran kinowy dał mi możliwość dokładnego przyjrzenia się wszelkim detalom, takim jak światła, cienie, para, czy faktura i szczerze powiedziawszy jestem pod niesamowitym wrażeniem precyzji speców od efektów specjalnych. Prawdopodobnie jeszcze długo będę się zastanawiał jak powstało ujęcie Sandry Bullock, które początkowo ukazuje ją z pewnego dystansu, lewitującą w pełnym ekwipunku w przestrzeni kosmicznej, następnie kamera stopniowo zbliża się do jej twarzy, by przeniknąć przez szkło hełmu, po czym ujęcie zmienia się w detal ukazujący oczy aktorki, a na końcu kamera zgrabnie obraca się o sto osiemdziesiąt stopni by zmienić punkt widzenia na subiektywny. Według mnie to był majstersztyk sztuki operatorskiej połączonej z efektami specjalnymi, a to tylko jedno z wielu genialnych ujęć w tym filmie. A skoro o ujęciach mowa to warto zaznaczyć, że kolejną cechą, którą uwiódł mnie ten film były długie i niebywale skomplikowane pod każdym względem ujęcia. Najlepszym przykładem jest scena otwierająca film, składająca się z jednego ujęcia, które jak przeczytałem przed chwilą w Internecie trwa aż siedemnaście minut. W filmach tego typu twórcy często kuszą się na szybki montaż, by film wydawał się bardziej dynamiczny. Cuaróna nie uległ jednak modzie i zdecydował się na ujęcia dłuższe i bardziej skomplikowane, co wyszło moim zdaniem "Grawitacji" zdecydowanie na plus. Kolejna warstwa filmu, o której chcę napisać to zdjęcia. Temat filmu dawał operatorowi wielki potencjał, który w mojej ocenie został w pełni wykorzystany. Sporo było w filmie ujęć subiektywnych, dających widzowi chociaż na chwilę wczuć się w ekranowych bohaterów i ich punkt widzenia. Sformowanie "na chwilę" nie jest przypadkowe, ale o tym napiszę później. Kiedy nasi bohaterowie mają kłopoty w bezkresie kosmosu, kamera nie pozostaje biernym obserwatorem. Niektóre ujęcia zostały nakręcone bowiem w taki sposób, żeby widz poczuł się łagodnie rzecz ujmując - niekomfortowo. Podejrzewam, że niełatwą sprawą jest nakręcić zdjęcia tak, aby wyglądały w taki sposób, jakby były zrealizowane w kosmosie, ale w "Grawitacji" ten efekt został osiągnięty w bardzo realistyczny sposób. Ostatnim aspektem, który zdecydowanie zachwycił mnie w tym filmie jest warstwa dźwiękowa. Ilekroć wspominałem na tym blogu o dźwięku to prawie zawsze ograniczało się to do muzyki, natomiast w "Grawitacji" chyba pierwszy raz w życiu moją uwagę przykuły odgłosy same w sobie. Zastosowano szereg zabiegów, aby warstwa dźwiękowa pełni funkcję nie tylko ilustrującą obraz, ale także funkcję dramaturgiczną. Sporo jest momentów całkowitej ciszy, sporo jest odgłosów przestrzeni kosmicznej, a całość tworzy niesamowity efekt końcowy. To tyle, jeżeli chodzi o zalety "Grawitacji", teraz napiszę kilka zdań o jej wadach.


Celowo oddzieliłem kadrem z filmu obydwie części tekstu, ponieważ nie rozumiem jak można zrobić film tak genialny w wydawać by się mogło najtrudniejszych elementach, a zawieść tam, gdzie wcale nie trzeba było wiele, żeby całość zachwycała. W zasadzie są tylko dwa elementy, które w mojej ocenie wypadły naprawdę słabo, niestety te dwa elementy w bardzo dużej mierze rzutują na końcowy odbiór i ocenę filmu. Pierwszą z tych składowych jest fabuła. Tak jak zobowiązuje tradycja tego bloga nie będę wnikał w warstwę fabularną, żeby nie psuć Wam zabawy z oglądania, ale nie mogę nie napisać, że uważam "Grawitację" za film, który mimo ogromnego potencjału w kwestii budowania historii niestety zawiódł na całej linii. Drugim, a zarazem ostatnim komponentem filmu, który nie spełnił moich oczekiwań jest aktorstwo. Już przed seansem miałem spore obawy dotyczące tego czy aby na pewno Sandra Bullock i George Clooney to dobry wybór do filmu, gdzie w zasadzie na barkach tylko dwóch aktorów leży ciężar opowiedzenia całej historii, dodatkowo utrudniony przecież skafandrami, które mocno ograniczają swobodne poruszanie się. Niestety moje obawy potwierdziły się. Gdybym porównał stopień realizmu gry aktorskiej w kontekście pokazania walki o życie za wszelką cenę między "Grawitacją", a "Pogrzebanym", gdzie akcja przez cały czas rozgrywa się wewnątrz zakopanej trumny, a na ekranie jest tylko jeden aktor, to niestety Sandra Bullock i George Clooney wypadają na tle Ryana Reynoldsa jak dzieci w podstawówce, odgrywające szkolny teatrzyk z okazji dnia babci. Nadszedł czas na podsumowanie, które nie jest tak oczywiste jak we większości filmów, o których piszę. Z jednej strony mamy majstersztyk techniczny, ze zdjęciową, dźwiękową, a przede wszystkim efektowną ucztą dla zmysłów, a z drugiej strony mamy dość banalną historię, w dodatku przeciętnie zagraną. Odpowiedź na pytanie czy warto wybrać się do kina na "Grawitację" jest z powodów, o którym pisałem wcześniej bardzo problematyczna. Na szczęście ja ten wybór miałem mocno ułatwiony, ponieważ bilety do kina wygrałem podczas mojej poprzedniej wizyty w tym miejscu. Mimo wszystko mam głęboką nadzieję, że to co przeczytaliście pozwoli Wam dokonać bardziej świadomego i satysfakcjonującego wyboru.